Umysł i poznanie
Przesądy – skąd się biorą i dlaczego w nie wierzymy?
Rytuał przed egzaminem zawodzi wiele razy, a mimo to zostaje. Kiedy wynik jest zły, winna okazuje się forma, trudne pytania albo niesprawiedliwa ocena — nigdy koszulka. Przesąd trzyma się właśnie dlatego, że nigdy nie trafia na listę podejrzanych.
Czym jest przesąd, a czym nie?
Przesąd to przekonanie, że przedmiot, zachowanie albo data wpływa na to, co się zdarzy, choć między jednym a drugim nie ma realnego związku przyczynowego. Nie chodzi o brak dowodu, ale o brak mechanizmu. Nie da się opowiedzieć, w jaki sposób stłuczone lustro miałoby wywołać kłopoty w pracy siedem tygodni później.
W psychologii taką relację nazywa się zależnością magiczną – to związek między zachowaniem a nagrodą lub karą, który istnieje wyłącznie w przekonaniu osoby. Słowa „przesąd” i „zabobon” bywają stosowane wymiennie i nie ma między nimi ostrej granicy. W samym „przesądzie” mieści się jednak idea przesądzania z góry: raz przyjęty, utrudnia ponowne zbadanie sprawy.
Od przesądu odróżnia się też twierdzenia, którymi zajmuje się parapsychologia: tam zakłada się istnienie jakiegoś mechanizmu i próbuje go badać, natomiast przesąd żadnego mechanizmu nie proponuje i nie potrzebuje.
Sam podział przesądów jest dwuczęściowy. Zwiastuny powodzenia to trzymanie kciuków czy spotkanie kominiarza, złe omeny to czarny kot przebiegający drogę i witanie się przez próg. Różnica jest praktyczna, bo złe omeny wymuszają zachowania obronne, a zwiastuny tylko dodają nadziei.
Mechanizmy poznawcze, które trzymają przesąd w mocy
Powstanie przesądu to jedno, a jego trwałość to całkiem inna sprawa. Utrzymują go cztery odrębne mechanizmy i każdy włącza się w innym momencie: przy zauważaniu zbieżności, przy podejmowaniu decyzji, przy zapamiętywaniu wyników i przy samym działaniu.
1. Wykrywanie wzorców i iluzja korelacji
Umysł pracuje jak wykrywacz wzorców i przy dwóch zdarzeniach blisko siebie w czasie domyślnie zakłada między nimi związek. Pomaga w tym animizm, czyli skłonność do przypisywania przedmiotom i zdarzeniom intencji, jakby coś „chciało” nam zaszkodzić. Do powstania skojarzenia wystarcza następstwo w czasie, dowód nie jest potrzebny.
Zapis jest jednak wybiórczy i tu kryje się cała asymetria. Przejście pod drabiną „potwierdza się”, gdy pół godziny później samochód łapie gumę, ale nie zapisuje się w pamięci, gdy wszystkie światła są zielone. Dobre następstwa nie mają statusu dowodu, złe mają.
Są dwie sytuacje, w których skojarzenie nie powstaje w ogóle: gdy następstwo jest zbyt banalne, żeby zwrócić uwagę, i gdy od znaku dzieli je więcej niż kilka godzin. Przesądy trzymają się więc zdarzeń wyrazistych i szybkich, dlatego złamany obcas godzinę po stłuczeniu lustra liczy się bardziej niż drobna strata po dwóch tygodniach.
Ta sama skłonność zamieniała dawniej niewyjaśnione zjawiska w omeny. Widmo Brockenu to cień obserwatora rzucony na chmurę i otoczony kolorową obwódką, a w górskich opowieściach uchodziło za zapowiedź śmierci – wyjaśnienie optyczne pojawiło się dużo później niż sama legenda.
2. Iluzja kontroli i redukcja lęku
Przesądy nasilają się dokładnie tam, gdzie wynik zależy od czynników poza wpływem osoby, a stawka jest wysoka: egzamin, rozmowa o pracę, lot, mecz, decyzja o dużym zakupie. Rytuał obniża napięcie i przywraca poczucie sprawstwa, czyli wrażenie, że coś jednak zrobiłem.
Czego rytuał nie robi, jest równie ważne. Nie zmienia prawdopodobieństwa zdarzenia ani o promil: samolot nie leci bezpieczniej, a pytania na egzaminie nie stają się łatwiejsze. Zmienia się stan osoby, która przystępuje do zadania, i tylko tą drogą może wpłynąć na wynik.
Stąd bierze się prawidłowość widoczna w danych: wyższe wskazania wiary w przesądy notuje się w grupach o najmniej przewidywalnej sytuacji życiowej i zawodowej. Im mniej stabilnego gruntu pod stopami, tym większa wartość narzędzia dającego pozorny wpływ.
3. Efekt potwierdzenia
Liczymy trafienia i nie liczymy chybień, więc bilans zawsze wychodzi na korzyść przesądu. Efekt potwierdzenia to zauważanie przypadków zgodnych z przekonaniem i pomijanie tych, które do niego nie pasują.
Prosty rachunek na typowych wartościach pokazuje skalę pominięć. Załóżmy dwadzieścia spotkań z czarnym kotem w ciągu dwunastu miesięcy, z czego dwa wypadły w dniach z jakimś kłopotem. Zapamiętane zostają te dwa, a osiemnaście pozostałych nie zostawia śladu: 20 minus 2 daje osiemnaście przypadków, które wypadły z rachunku, czyli dziewięć na dziesięć. Dopiero wypisanie wszystkich dwudziestu zmienia obraz, bo widać wtedy, że kot „działał” w jednym przypadku na dziesięć.
4. Samospełniająca się przepowiednia
Oczekiwanie pecha zmienia zachowanie, a zmienione zachowanie zmienia wynik. To najbardziej realny z czterech mechanizmów, bo tutaj przesąd faktycznie wpływa na zdarzenia – przez człowieka, nie przez znak.
Poznać to można po jednej rzeczy: między znakiem a skutkiem stoi pośrednie ogniwo w postaci własnej decyzji albo zmienionego zachowania. Jeśli takiego ogniwa nie ma i po prostu spadła cena akcji, mamy zbieg okoliczności, a nie przepowiednię.
Skąd wzięły się czarny kot, stłuczone lustro i pechowa trzynastka?

Treść przesądu jest lokalna, mechanizm uniwersalny. W kulturach zachodnich pechowa jest trzynastka, a w części krajów Azji czwórka, bo jej wymowa przypomina słowo oznaczające śmierć – dlatego w niektórych budynkach nie ma czwartego piętra. Sam sposób powstawania takich przekonań jest ten sam pod każdą szerokością geograficzną.
Przy piątku trzynastego często przywołuje się datę 13 października 1307, czyli aresztowanie templariuszy oskarżonych przez Filipa IV. Warto to zapamiętać z zastrzeżeniem: jest to jedno z przywoływanych wyjaśnień, a nie udokumentowana geneza tego przesądu, który upowszechnił się znacznie później.
Niejasne jest też pochodzenie samego słowa „zabobon”. Jedna hipoteza wywodzi je od demona określanego jako „bubo” albo „bobo”, druga od czeskich „bobonków”, utworzonych od „boba”, czyli straszydła dziecinnego. Konkurencyjność tych dwóch wyjaśnień jest typowa dla całej dziedziny: przesądy rzadko mają jedno źródło do wskazania.
Do tej samej warstwy dawnych znaków należy wycie psa zapowiadające śmierć, odczytywane na wsi jako ostrzeżenie o chorobie w domu. Pies reaguje na dźwięki i zapachy niedostępne człowiekowi, więc jego zachowanie łatwo było uznać za wiedzę o przyszłości.
Przesądy nie są przy tym reliktem, który wygasa razem z dostępem do informacji. Internet przyspiesza obieg dawnych wierzeń i produkuje nowe, na przykład dotyczące działania algorytmów w mediach społecznościowych – twórcy unikają pewnych słów i godzin publikacji, bo raz zdarzyło się, że film „nie wyszedł”. Schemat jest dokładnie ten sam: niewidoczny mechanizm plus wysoka stawka plus jedna zbieżność.
W jakie przesądy wierzą Polacy i kto jest najbardziej przesądny?

W co najmniej jeden przesąd wierzy mniej więcej połowa dorosłych, około 54 procent, a niemal tyle samo, około 46 procent, nie wierzy w żaden z wymienianych znaków. To rozkład stabilny od kilku lat, bez gwałtownych ruchów w żadną stronę.
Nasycenie przesądami też da się zmierzyć. W co najmniej pięć przesądów jednocześnie wierzy 14-17 procent dorosłych, w trzy lub cztery 13-15 procent, a w jeden albo dwa 24-25 procent. Średnia liczba wyznawanych przesądów spadła z 1,94 do 1,8, więc kierunek zmiany jest spadkowy, ale bardzo płaski.
Widać też wyraźną asymetrię pozytywną: wiara w zwiastuny powodzenia (44-45 procent) jest wyższa niż w złe omeny (36-40 procent). Do tego dochodzi rozbieżność trendów – odsetki złych omenów maleją, a trzymanie kciuków przybiera. Chętniej godzimy się na znak obiecujący dobry wynik niż na ten grożący stratą.
Profil osoby bardziej przesądnej jest powtarzalny: częściej kobiety niż mężczyźni, częściej osoby po 45 roku życia, najsilniej w grupie 45-54 lata, częściej osoby z niższym wykształceniem i niższymi dochodami. Najwyższe wskazania notuje się tam, gdzie sytuacja życiowa jest najmniej przewidywalna, a według miejsca zamieszkania w miastach od 100 do 500 tysięcy mieszkańców. To domyka mechanizm z poprzedniej sekcji: im mniej kontroli nad wynikiem, tym większy popyt na rytuał.
Obok pojedynczych znaków działają całe systemy odczytywania. W sennikowej tradycji sen o wypadających zębach wiąże się z chorobą albo stratą w rodzinie, a poszczególne senniki podają odmienne wyjaśnienia tego samego obrazu. Znak jest na tyle ogólny, że pasuje niemal do każdego zdarzenia – i właśnie dlatego zawsze się „sprawdza”.
Dlaczego więcej osób odpukuje w niemalowane, niż w to wierzy?
Wiarę w przynajmniej jeden przesąd deklaruje około 54 procent dorosłych, ale zachowanie przesądne stosuje ponad osiem osób na dziesięć. Osób, które ani nie wierzą, ani nie praktykują, jest tylko 12-15 procent. Różnica między jedną liczbą a drugą to około trzydzieści punktów procentowych.
Trzecia część populacji praktykuje bez wiary z trzech odrębnych powodów. Pierwszy to koszt zaniechania bliski zeru: odpukanie zajmuje sekundę i nikt na nim nic nie traci. Drugi to presja sytuacji, bo gdy cała rodzina trzyma kciuki przed operacją, wyłamanie się wygląda na brak wsparcia. Trzeci to nawyk przejęty w dzieciństwie, wykonywany automatycznie i bez żadnej myśli o mechanizmie.
Konsekwencja jest jedna i warto ją znać przy czytaniu statystyk. Liczba osób praktykujących nie mierzy poziomu wiary w magię, tylko siłę zwyczaju przekazywanego w rodzinach. Nagłówek „prawie 90 procent Polaków przesądnych” jest dlatego mylący: mierzy gest, nie przekonanie.
Kiedy przesąd przestaje być niewinny?
Dopóki przesąd jest gestem, jego koszt jest zerowy. Granicę wyznacza moment, w którym zaczyna sterować decyzjami: przekładaniem terminów, odwoływaniem podróży, rezygnacją z transakcji. Odpukanie w blat nic nie kosztuje, przesunięty termin badania kosztuje dużo.
Najdroższe są przesądy przypięte do kalendarza, bo działają bez żadnego wyzwalacza – dzień przychodzi sam. Tak funkcjonuje piątek trzynastego, a w części regionów także przesądy o śmierci w sobotę, odczytywanej jako zapowiedź kolejnej straty w rodzinie.

Skala zbiorowa daje się oszacować tylko z grubsza. Szacuje się, że w pechowość jednej takiej daty wierzy w Stanach Zjednoczonych około 20 milionów dorosłych, a koszt gospodarczy jednego takiego dnia oceniano na 750-900 milionów dolarów. Rozpiętość między tymi liczbami wynika z metody: węższy szacunek liczy same nieobecności w pracy, szerszy dolicza odwołane podróże i transakcje.
Dla Polski osobnych wyliczeń nie ma, a krążące kwoty są przeliczeniem amerykańskich proporcji na wielkość naszej gospodarki, nie pomiarem. Realny koszt indywidualny jest zresztą innej natury: to stres i utracone decyzje, nie pech. Jeśli rytuały zaczynają zabierać czas i pojawia się przymus ich wykonania, granica między zwyczajem a problemem przebiega indywidualnie i warto ją omówić z psychologiem, który oceni konkretną sytuację.
