Transkrypcja odcinka 75.

with Brak komentarzy

Pobierz transkrypcję w formacie PDF TU | posłuchaj odcinka TU


Witam Cię bardzo serdecznie w nowym, 75. odcinku audycji. 

Do dzisiejszej rozmowy zaprosiłam Małgosię Budzich, która stworzyła Odnawialnię blog, który stał się miejscem wymiany doświadczeń i inspiracji, jak sprytnie zabrać się do renowacji starych mebli w domowych warunkach. Jest też autorką książki wydanej w 2019 roku  pt. „Meble od nowa. Domowe renowacje”.

Blog był początkiem całej kaskady wydarzeń, które doprowadziły do tego, że Małgosia na początku tego roku zrezygnowała z kierowniczego stanowiska w wydawnictwie i zajęła się swoją kreatywną pracą na cały etat. Inspiruje i edukuje nie tylko w internecie czy poprzez książkę, ale taże prowadzi warsztaty z odnawiania mebli. 

Wspominam o tym, ponieważ właśnie historia tej zmiany stanowi główny wątek naszej rozmowy. Jestem bardzo wdzięczna Małgosi za to, że tak szczerze i otwarcie dzieli się swoim doświadczeniem, tym w jaki sposób rozwijała się jej kreatywna pasja oraz bardzo konkretnie opowiada o tym, co pomogło jej podjąć decyzję, aby dokonać takiej zmiany w życiu. 

Małgosia jest z jednej strony bardzo kreatywną osobą, a z drugą taką można powiedzieć twardo stąpającą po zmieni. Także sporo w tej rozmowie będzie też konkretnej analizy tego co się zadziało. Małgosia bardzo świadomie podchodziła do swoich zmian. I dlatego bardzo chciałam o tym z nią porozmawiać ponieważ właśnie ta historia zmiany nie jest taka oczywista, czy jednowymiarowa. Ta decyzja rozwijała się w jej życiu przez dłuższy czas.  

Także mam nadzieję, że będzie to rozmowa która doda Ci inspiracji, ale też być może pomoże Ci przyjrzeć się własnym przekonaniom na temat kreatywności, pracy, jak jedno ma się do drugiego, pracy na etacie i bezpieczeństwa z nią związanego.

  • Nie będę zdradzać Ci wszystkich szczegółów tej rozmowy, ale opowiem jeszcze chwilę o tym, jakie wątki w niej się pojawiły. Małgosia opowiada między innymi o swoim kryzysem  związany z blogowaniem
  • Mówi też o tym jak wyglądało pisanie książki i co jej to dało; 
  • Poruszamy myślę ważny temat związany z tym, czy po 40 „wypada” jeszcze robić taką życiową rewolucję.
  • Gosia dzieli się tym, w jaki sposób udało się jej okiełznać strach przed życiową zmianą.
  • Co się wiąże w praktyce z tym, że kreatywne hobby staje się etatową pracą. 
  • A dosłownie na sam koniec rozmawiamy jeszcze chwilę o tym, jak można ułatwić sobie samodzielną pracę gdy jest się osobą wysoko wrażliwą.

W rozmowie jest też kilka wątków pobocznych. Czasem zmieniamy trochę temat, obie mamy z Małgosią kilka wspólnych talentów Gallupa, o czym też chwilę rozmawiamy. Ale zawsze wracamy do głównej historii. Muszę jeszcze przyznać, że bardzo dobrze bawiłyśmy się podczas tej rozmowy i liczę, że ta atmosfera udzieli się także Tobie podczas słuchania. 

Wszystkie linki do wspomnianych w rozmowie na przykład książek czy artykułów znajdziesz na stronie wzwiazkuzzyciem.pl/odcinek75 Tam też jest transkrypcja dzisiejszej rozmowy, za której wykonanie serdecznie dziękuję Agacie Podsiadły. A Małgosię znajdziesz na stronie odnawialnia.pl

A teraz już zapraszam Cię bardzo serdecznie do wysłuchania tej rozmowy. 

Cześć, Gosia.

Cześć, Agnieszka.

Opowiesz trochę, jak się w ogóle zaczęła twoja pasja do odnawiania mebli?

Oczywiście. To pytanie, powiem ci, że wiele osób mi już zadawało. Jak przeczytałam je od ciebie, pochyliłam się trochę głębiej nad tym tematem, ponieważ zawsze odpowiadam, że moja pasja zaczęła się od tego, że się przeprowadziłam. W pewnym momencie szukaliśmy większego domu i wyprowadzaliśmy się z mieszkania i do tego domu potrzebowaliśmy mebli. Mieliśmy ograniczony budżet remontowy, a nie mogliśmy zabrać starych mebli z mniejszego mieszkania, więc siłą rzeczy zaczęliśmy kombinować, no i wtedy pojawił się też pomysł, żeby zacząć odnawiać jakieś meble.

Pamiętam taką wnękę, którą chciałam zaaranżować taką starą komodą, żeby tam trzymać jakieś różne drobiazgi do domu. I właśnie zaczęło się od tej komody, takiej czerwonej komody. Wymyśliłam sobie, że będzie to czerwona komoda. Przeszukiwałam wtedy Pinteresta, który się pojawił w Polsce, zaczął być bardzo popularny i wsiąkłam, przeglądając, co ludzie wyczyniają ze starymi meblami. Ale jak tak zaczęłam się głębiej zastanawiać, to tak naprawdę ta potrzeba wytwarzania czegoś nowego, to ona była właściwie zawsze. Bo ja jako dziecko pamiętam, że miałam taką potrzebę ciągłego robienia czegoś nowego. Dużo przerabiałam jako nastolatka ciuchów, zaprzyjaźniłam się z maszyną do szycia i wtedy też kombinowałam, szyłam jakieś swoje rzeczy, w których potem niekoniecznie chodziłam, ale miałam taką potrzebę, żeby coś robić z niczego. 

Pamiętam, że miałam taką produkcję witraży z papieru i robiłam je dla koleżanek. U siebie w pokoju miałam takie drzwi z szybą i właśnie na tej szybie zrobiłam taki witraż z tektury i bibuły. Dużo też kopiowałam obrazów znanych malarzy. Miałam taką wizję, że może będę kiedyś rysować. Chociaż niekoniecznie mam taki talent, żeby coś samemu tworzyć, ale mam talent do kopiowania obrazów. Więc to robiłam na dużą skalę. Taka potrzeba wytwarzania czegoś we mnie zawsze była i mój tata zresztą też miał taki mały warsztacik w piwnicy i czasami tam coś razem robiliśmy. Wracają te takie wspomnienia z dzieciństwa, że w jakiś sposób ja już chyba miałam do tego skłonności od małego i te meble to taki trochę był właściwie kanał, w który ja wpuściłam tę potrzebę kreacji. 

No i akurat tak to się zbiegło, że się przeprowadzaliśmy i pojawiła się potrzeba urządzenia tego domu. Ale przecież równie dobrze mogliśmy kupić nowe meble, bo z czasem ten budżet się odnawiał i stopniowo można było coś dokupić, ale ja jednak poszłam w tym kierunku, że nie, że jak udało mi się z jednym meblem, to dlaczego miałoby się nie udać z następnym. 

No i tak mnie to właśnie wciągnęło, ale na pewno duży udział w tym miało uruchomienie Pinteresta i wejście w ten świat zagranicznych, czy to blogów, czy twórców. Bo do tej pory, myślę, że takim głównym, wiodącym źródłem inspiracji dla wielu Polaków urządzających wnętrza były katalogi Ikea i w ogóle Ikea i ich urządzane takie mieszkanka w sklepach, że wchodziło się do tego sklepu po trzy kartony albo jakieś tam pojemniki do przechowywania, a przy okazji oglądało się te wszystkie urządzone wnętrza. I na pewno Ikea ma swój bardzo duży udziału w inspirowaniu ludzi, jak się urządzać, jak meblować, ale właśnie wejście też w te zagraniczne źródła, blogi różnych twórców, to też otworzyło mi oczy, że można robić coś po swojemu, przerabiać inaczej, wykorzystywać jakieś pozornie niepotrzebne rzeczy, zmieniać ich przeznaczenie. No i jakby to mnie mocno wtedy zainspirowało i pokazało, że jest to możliwe i że można to robić samodzielnie.

Jakbyś mogła mi umiejscowić w czasie, plus minus pamiętasz, nie wiem, to było, no strzelam – 8 lat temu, bo to był też chyba zupełnie inny świat w Internecie?

Tak, 8 lat temu, a nawet może 9, bo ja mieszkam już w tym domu 8 lat, będzie we wrześniu, a zaczęłam myśleć o urządzeniu tego wnętrza jakieś pół roku wcześniej, bo wtedy kupiliśmy ten budynek i tam zaczęły się prace remontowe, więc ja siłą rzeczy zastanawiałam się, co kupić, co wybrać i gdzieś tam wtedy już zaczęłam się interesować wnętrzami, początkowo przeglądając magazyny wnętrzarskie, ale potem właśnie przerzucając się bardziej do Internetu i do Pinteresta. Jeszcze chyba Zszywka była taka, ale ja wiem, że głównie Pinterest był takim źródłem dla mnie obrazów.

Dla mnie to jest taki nowy świat, w który ja wchodzę, powiedzmy, przez ciebie – gdzieś też to wyjdzie w rozmowie – więc nie mam zupełnie pojęcia 8 lat temu w Internecie, co ja robiłam. No wiem, co ja robiłam, bo pisałam… Śmieję się, bo wtedy jeszcze pracowałam po tej drugiej stronie, profesjonalnie – nie wiem, czy ci kiedyś o tym opowiadałam? 

Tak, tak. Ale dawaj.

W każdym razie plus minus 8 lat temu, może 9, pisałam fora internetowe, to była pierwsza moja praca, więc ten Internet też wyglądał zupełnie inaczej. Ja pamiętam, potem pracowałam w Office Depot, to był ten szał na Facebooka i takie nasze poczucie w dziale marketingu, że musimy coś na tego Facebooka wrzucić. Ale wiesz, to były jeszcze takie czasy, że się robiło konkursy typu…

Polub nasz fanpage, a wygrasz coś tam.

Dzisiaj w czwartek zawsze konkurs „Wpisz w komentarzu, co to za zwierzę” i wrzucało się grafikę…

Kojota 😊

Może ja nie powinnam podawać nazwy firmy, ale ona już w Polsce nie działa. W każdym razie to było jeszcze zupełnie inne myślenie, takie, że wpisywało się w Google coś, robiło się print screen grafiki albo się ją pobierało i wrzucało na te social media.

Wtedy nikt się nie przejmował prawami autorskim za bardzo jeszcze.

Więc tak sobie myślę, że ten świat, czy w ogóle ta idea odnawiania mebli pewnie w Polsce nie była tak popularna.

Nie była jeszcze tak popularna. Ja dokładnie pamiętam, że wtedy był problem z dostępem do różnych farb, do środków dekoracyjnych i to była jakaś taka zagwozdka, czym to malować, jak, jakie farby. Mała była oferta w sklepach budowlanych. Dopiero z czasem zaczęli pojawiać się producenci, którzy działali już na rynku brytyjskim czy amerykańskim i pojawiły się farby kredowe jako taki pierwszy dedykowany produkt do malowania mebli. A dzisiaj mamy bardzo dużo też rodzimej produkcji, pojawili się producenci farb w Polsce, ceny też spadły. Bo ja pamiętam, że pierwsza puszka takiej farby dedykowanej do mebli kosztowała 150 zł i to była farba Annie Sloan, takiego wiodącego producenta na rynku brytyjskim, gdzie pewnie ta cena dla Brytyjczyków nie jest wysoka, natomiast w Polsce była wysoka, jak za litrową puszkę farby. Dzisiaj te farby są tańsze o połowę, no i mamy też polskich producentów i przede wszystkim bardzo duży wybór – praktycznie każdy coś dla siebie znajdzie.

Czyli de facto trochę byłaś, jesteś taką pionierką w branży.

Trochę tak. Teraz jak tak sobie o tym myślę, to tak. Na pewno nie było takiej skali zainteresowania i wśród odbiorców, i wśród twórców również, którzy zaczęli to robić, jak dzisiaj. 

Nie pamiętałam, czy o tym rozmawiałyśmy, ale teraz jak mi opowiedziałaś tę historię, jak to się zaczęło, to myślę, że nie rozmawiałyśmy o tym. Ale tak miałam duszę na ramieniu, czy może gdzieś to na twoim blogu nie jest opisane.

Tak, ale nigdy chyba tego tak nie opisałam, coś tam kiedyś w książce wspominałam, natomiast ta czerwona komoda to jest taki dla mnie symbol, bo ona bardzo długo ze mną była. Gdzieś tam znalazłam właśnie inspirację, że ktoś przemalował sobie mebel na czerwono i jak wyszłam też: O, ja chcę mieć czerwoną komodę! A potem do niej szukałam specjalnie tapety, żeby pasowało. Zrobiłam ją po swojemu. Dokupiłam do niej takie ceramiczne numerki, nowe uchwyty, więc taka była zrobiona po mojemu i bardzo byłam dumna z tego projektu. To jest najładniejsze miejsce w domu. Zawsze jak wchodziłam po schodach i się wychodziło u nas na tę wnękę, to jest to właśnie, to najfajniejsze miejsce. Tak zachciało mi się po prostu kolejnych takich zakątków, żeby coś zrobić po swojemu.

Czyli odnalazłaś jakby – właśnie po tych, powiedzmy, latach kreatywnych poszukiwań – takie swoje tworzywo, swoją przestrzeń, w której trochę inaczej niż tak, jak z tymi ubraniami to, co mówiłaś – może niekoniecznie byś z nimi wyszła – a tutaj udawało ci się tworzyć coś tak unikalnego, z czym ci było po prostu fajnie, że chciałaś więcej i więcej.

Tak. Zdecydowanie dom stał się takim miejscem wyrażania siebie i pokazywania, robienia rzeczy, które mi się podobają, eksperymentowania. To jest też takie wdzięczne miejsce do wprowadzania różnych zmian. Ja myślę, że to jest dosyć charakterystyczne dla wszystkich ludzi, którzy interesują się wnętrzami, że co jakiś czas włącza im się lampka, a może być coś zmienić jednak w tej w sypialni, już mi się to znudziło. Średnio co rok, co dwa pojawiają się jakieś takie wpisy – przynajmniej u tych blogerów, których gdzieś tam śledzę – że: „Ach, już mi się znudziła moja sypialnia, czas na zmianę”. Ciach! Za pół roku jest remont. Normalny człowiek jak musi urządzić mieszkanie, to urządza i potem żyje w tej sypialni, powiedzmy, nie wiem, no 5, 10 lat, a nasi rodzice to żyli i 20, nie wprowadzając żadnych zmian. Natomiast to teraz na pewno bardzo się zdynamizowało i ci, co się interesują i żyją tym tematem, to robią często te zmiany, a myślę, że nawet zwykli ludzie, którzy niekoniecznie tym żyją, to i tak częściej te zmiany wprowadzają niż pokolenie naszych rodziców.

To trochę odetchnęłam, wiesz, bo ja myślałam, że to kwestia natury, talentów Gallupa, znaku zodiaku. Kiedyś przeczytałam w jednym z horoskopów – jestem Baranem – taki opis Barana był: „Najlepiej, gdybyś miał, czy tam miała, meble na kółkach, dzięki temu będziesz mogła często wprowadzać zmiany”. No i tak sobie pomyślałam – meble na kółkach niekoniecznie mi się podobają. Niemniej jednak jest coś kuszącego w tym. No, odnajduję się w tym, co mówiłaś, że…

Czyli ty też wprowadzasz zmiany często w otoczeniu?

Tak. I to do tego stopnia, że mam przyjaciółkę, która bywa u mnie od czasu do czasu i zawsze, no może nie zawsze, ale co jakiś czas jest zadziwiona: „To stało gdzie indziej, co się stało? A tego nie miałaś!” Ale to też jest u mnie jakiś proces powiedzmy domeblowywania tego, bo jak przyjechaliśmy tutaj do Monachium, to tutaj się wynajmuje zazwyczaj totalnie puste mieszkania, gdzie tylko łazienki są, nazwijmy to, „urządzone” w taki sposób, że nie musisz kupować wanny i sedesu.

A kuchnia? Też musisz urządzać kuchnię?

Kuchnia też jest pusta. Myśmy musieli od zera całe mieszkanie umeblować.

A jest taki rynek wtórny mebli? Czy musieliście wszystko nowe kupować? 

Powiem ci tak, generalnie tutaj ten system wynajmu działa inaczej niż w Polsce, w takim sensie, że raczej się myśli o wynajmie długoterminowym. Czyli często jest tak, że ludzie mieszkają w wynajętym mieszkaniu 10, 20 lat. Tak że nie mają takiego myślenia, że nie opłaca się im inwestować w to. Natomiast jest założenie, że – nie zawsze, bo czasami się zdarzają mieszkania na krótszy termin czy z meblami – natomiast jest takie ogólne założenie, że przeprowadzasz się ze swoimi meblami. Z kuchnią jest trudno, więc jest taki bardzo duży rynek tych kuchni, bo to są mega pieniądze. Jak ludzie muszą się wyprowadzić, czasami dochodzi do takich dla mnie absurdów, że wyprowadzając się, musisz oddać mieszkanie w takim samym stanie, jak się wprowadziłeś. Czyli może się zdarzyć, że ja będę zmuszona tę kuchnię zdemontować, wyrzucić ją, a ktoś wprowadzi się i będzie musiał swoją nową zrobić, bo może się tak według tych przepisów zdarzyć. Czasami wiem, że się zdarza, że ludzie po prostu odsprzedają tę kuchnię. Natomiast też dlatego z naszej perspektywy, gdzie wiedzieliśmy, że niekoniecznie tu zostaniemy na bardzo, bardzo długo, no to kuchnię mam na przykład sprowadzoną w kartonach paczkami z takiego polskiego marketu, bo było to najtańsze po prostu.

No tak. Do tego dochodzi problem montażu – bo zmontowanie kuchni to już nie jest taka prosta sprawa i trzeba mieć fantazję.

Montaż był droższy niż kuchnia.

No właśnie, bo powieszenie tych szafek tak, aby wytrzymały obciążanie, to jest jednak wyzwanie, to już specjaliści wieszają.

Tak. I mój mąż już się nie chciał tego podejmować. Ale wiesz, wszystko musieliśmy kupić. Mieliśmy trochę mebli z Irlandii – to jest już taki wątek poboczny, no ale opowiem – totalnie przypadkiem, w Irlandii, właściciel naszego pierwszego mieszkania zbankrutował i mogliśmy zabrać, co chcieliśmy, ponieważ tam jest taka sytuacja, że oni – jak bankructwo, to bankructwo. Powiedzieli nam, że wszystko będzie po prostu wyrzucane, wszystko do zera.

Łącznie z antykami irlandzkimi?

Tak. I na nowo. Jak już to ktoś przejmie, kupi to wprowadzane, więc mogliśmy zabrać wszystko. Niemniej jednak drugie mieszkanie, które wynajmowaliśmy, wynajmowaliśmy od kogoś, kto – bo tam wynajmujesz z meblami, więc te meble były w mieszkaniu, więc jakby posiadanie czterech sof nawet w dużym salonie na trzy osoby byłoby zbyt dużą ekstrawagancją. Nie mówiąc, że zakrawa o jakąś lekką taką, no nie powiem, że chorobę, ale być może zaburzenie takiego chomikowania albo inputa gallupowego. Więc nie robiłam tego, natomiast wzięłam kilka takich rzeczy, takie krzesła, komodę wiklinową, stolik…

Słuchaj, to jest marzenie każdego odnawiacza, czy takiego miłośnika staroci. Dorwać się do jakiegoś mieszkania, z którego można zabrać różne fajne meble.

No to, jeśli ktoś nas w Irlandii słucha, to myślę, że tam jest potencjał, naprawdę. Tam meble są drogie i mam takie właśnie dwa stoliki, które mi służą za biurko na przykład do teraz, bo szkoda mi się z nimi rozstać i właśnie teraz, jak przyszła pandemia, to inspirowana twoją książką w końcu się odważyłam i spojrzałam i tę jedną komodę i te krzesła odmalowałam. 

Pokazywałeś to gdzieś?

Wiesz co, tej komody jeszcze nie pokazywałam, bo ona ma takie smętne zdjęcia, poza tym jeszcze tam rączki muszę dorobić, ale pokażę na pewno.

Koniecznie. Cieszę się.

Tylko domek dla lalek.

Tak, domek widziałam – wspaniały.

Działa to, co robisz, ta inspiracja. Bardzo odlegle wyszłyśmy…

W Polsce na pewno jest inaczej. Jak opowiadasz o swoich doświadczeniach z Irlandii czy tutaj z Niemiec – zupełnie inaczej jest w Polsce chyba i z wynajmem, i z tymi meblami. Myślę, że u nas dobrze ma się rynek wtórny handlu meblami. Działają komisy, działa OLX, gdzie można meble nawet za darmo dostać. Myślę, że Polska pod tym względem całkiem nieźle zaczyna sobie radzić w takim razie. 

Myślę, że tak. Zwłaszcza że jak pomyślisz jednak mam wrażenie w Polsce jest bardzo jasny podział. Wynajmowane mieszkanie to jest miejsce, w które nie warto inwestować i wszystko zależy od ceny i półki cenowej mieszkania i wynajmu. Natomiast im droższe, tym fajniej urządzone, ale też z zastrzeżeniem, że najlepiej byłoby w nim nie mieszkać. Wiem, bo w Warszawie takie mieszkanie wynajmowaliśmy przy Polach Mokotowskich i było małe, piękne – do dziś wspominam biały dywan…

Który już nie był biały, jak wyjeżdżaliście, jak rozumiem.

Wiesz, to było, kiedy nie mieliśmy dziecka, zwierzęcia, nic, jednak biały dywan strasznie mnie stresował. Jak w tym sitcomie „Co ludzie powiedzą?”, nie wiem, czy pamiętasz. Tam była zawsze taka Elżbieta, której się ręce trzęsły, jak miała iść do tej sąsiadki i pić z tej porcelany… Tu jeszcze powiem, że w Niemczech dużo jest tych takich flohmarktów i jest bardzo duża kultura odsprzedawania używanych rzeczy. Myślę, że gdybym zaczęła chodzić, drążyć, to można dużo fajnych rzeczy znaleźć.

Trzeba obudzić w sobie tę żyłkę poszukiwacza. To ta, którą właśnie udało mi się obudzić na początku i jakby poszłam w tym kierunku. Natomiast są różne ścieżki, którymi można podążać, urządzając swoje wnętrze. Można pojechać do Ikea, można stopniowo zbierać pieniądze i kupować sobie jakieś wymarzone meble dobrego projektanta czy producenta – ścieżki są różne.

Ale też pokazujesz fajne rzeczy dla mnie. Kopalnią takich właśnie inspiracji jest to, co pokazujesz na Instagramie, że można odmalować te takie – nazywałaś to wenge?

Wenge – to jest taka okleina.

To też można odmalować i to jest niesamowicie inspirujące, że wiesz, możesz zrobić jednak coś kolorowego, coś fajniejszego, zrecyklingować coś, co funkcjonuje, niemniej jednak być może już ci się w ogóle nie podoba.

A jest jeszcze sprawne, funkcjonalne i może spokojnie pełnić funkcję przechowania, tylko no estetyka nam się znudziła, czy nas zmęczyła. Jednak wszystkich to potem dopada. Chociaż te meble, o których wspominasz, te z wenge, miały chyba z 10 albo 12 lat, więc koleżanka, która je kupiła wtedy… No to była dobra inwestycja, porządny producent i meble cały czas dobrze chodzą, wszystkie szuflady, prowadnice – wzorowo, nic się tam nie wypaczyło – tylko kolorystyka i styl mebli. Pewna moda minęła, pojawiły się inne mody i nadszedł czas na zmianę. Cieszę się, że zdecydowała się to przemalować, a nie wyrzucić.

No super to wyglądało. Powiem ci, że dla mnie to była inspiracja, też będę odmalowywać starą komodę z Ikea, taką wiesz, jedną z tych najtańszych. Ona tam trochę szwankuje, ale stoi na balkonie i tak pomyślałam: mam już nowe krzesła, to czemu by nie popatrzeć jeszcze na piękną komodę.

No oczywiście!

Słuchaj. Tak wrócę jeszcze do tej twojej historii – a w którym momencie pojawiła się myśl o blogu, żeby się dzielić tą swoją pasją z innymi?

Parę miesięcy później. Już mieszkałam w tym domu i pamiętam, że tak robiłam zawsze zdjęcia przed i po, i tak sobie myślałam, że kurczę to jest takie… Wiesz, robiłam też w międzyczasie lampę ze sztalug malarskich, to był taki drugi mój projekt, z którego byłam też bardzo dumna. Miałam takie stare plenerowe sztalugi i stwierdziłam: „O, to byłby fajny stojak do lampy”. I kupiłam gdzieś taki metalowy klosz od takiej starej lampy wojskowej. Zmontowałem go jakoś i to pełniło funkcję takiej lampy stojącej przy kanapie. Komuś to pokazałam i koleżanka mówi, że powinnaś to gdzieś pokazywać, może zaczniesz prowadzić bloga? No nie wiem, dlaczego nie. Właściwie założę tego bloga i zaczęłam się uczyć na blogspocie. To jest stosunkowo proste narzędzie. Zaczęły też się pojawiać takie aplikacje do samodzielnego tworzenia, te takie CMS-y do zarządzania treścią. Udało mi się to jakoś zorganizować i zaczęłam wrzucać pierwsze posty. 

To był jakoś styczeń, pamiętam, 7 lat temu i to był mój pierwszy post. To było dla mnie miejsce, gdzie będę miała wrzucone zdjęcia z projektów, które robię, taka forma elektronicznego pamiętnika. Bo wiadomo, robi się mnóstwo zdjęć, które są gdzieś tam nagrywane na dyskach czy na płytach, a potem się do nich nie wraca, bo to ginie gdzieś w zalewie. Zaczęłam te zdjęcia dotyczące wnętrz selekcjonować właśnie z myślą o tym blogu, a później pojawili się pierwsi czytelnicy. To było takie zaskakujące. Wow, ktoś to obejrzał! Oczywiście znajomi też – puściłam linka do znajomych, znajomi znajomym i to zaczęło się gdzieś nakręcać. A potem myślę, takim krokiem milowym był Facebook, założenie konta na Facebooku, które skierowało też więcej odbiorców na blog i zaczęli mnie odwiedzać. To też zaczęło mnie motywować do tego, żeby jakieś kolejne projekty robić.

Jakby to takie dwie pasje ci się połączyły tak naprawdę, jak o tym myślę. Bo samo blogowanie, też opowiadanie o tym, tam też jest sporo pracy.

Tak. I to było troszeczkę takie bardziej zniechęcające. Pierwszą pasją jednak było robienie tych mebli, a jeżeli chcesz prowadzić blog i dokumentować to, to się musisz siłą rzeczy cały czas odrywać od tej pracy twórczej, żeby zrobić zdjęcie, żeby pamiętać o dobrym oświetleniu, żeby zadbać o dobre pokazanie tych etapów – jeśli chcesz opisywać krok po kroku. I na przykład, jak patrzę na moje pierwsze posty, to one zupełnie nie miały tego flow, żeby ten proces był pokazany prawidłowo, no bo ja nie miałam jeszcze tych nawyków, nie pamiętałam. Jak wpadałam w ten tak zwany szał twórczy, to chciałam to jak najszybciej skończyć, żeby mieć ten efekt. Już mi się nie chciało robić zdjęć, a poza tym robiłam to gdzieś w jakimś garażu, gdzie miałam słabe oświetlenie i wiadomo, żeby teraz ustawić jakąś lampkę, nie miałam żadnej lampy, więc musiałabym tracić cenny czas na to, żeby ten proces zorganizować. Więc to tak wyglądało słabo. Myślę, że dopiero później, tak po roku, zaczęłam o tym bardziej myśleć i dopiero wtedy rzeczywiście też pojawiła się ta pasja do blogowania, żeby to lepiej pokazywać.

Od ciebie dopiero dowiaduję się, że są inni ludzie, którzy to robią, odnawiają też meble w Polsce, więc pewnie gdzieś tam sobie zakładam, że jak się to zaczynało, to w ten sposób też zaczynałaś poznawać ludzi, którzy się podobną rzeczą pasjonują. To też wspierało, to dawało energii?

Tak, jak najbardziej. To był też taki okres intensywnego rozwoju blogosfery w Polsce. Były organizowane różnego rodzaju wydarzenia dla blogerów. Pamiętam pierwsze wydarzenie, w którym brałam udział, to była blogowigilia – już nie pamiętam, kto to oraganizował – ale to była Wigilia organizowana dla blogerów z różnych kategorii, nie miało znaczenia, czym się zajmujesz, ważne, że prowadzisz blog i chcesz się spotkać z innymi blogerami z twojej kategorii, czy w ogóle ludźmi, których obserwowałaś. Było to pierwsze wydarzenie w realu, gdzie ja też poznałam niektóre dziewczyny, które kojarzyłam z Internetu i do dziś te znajomości jakby najdłużej się utrzymują. Poznałam potem w międzyczasie dużo innych twórców, ale te początkowe, te pierwsze znajomości, jakby najbardziej zaowocowały taką trwałością – taka znajomość z podstawówki, można powiedzieć, z wczesnych początków i do dziś utrzymujemy kontakt. Część z nich już tego nie robi albo przekształciła to w inną pracę, natomiast część nadal działa i mamy kontakty.

Wow! Taka fajna historia jak dzisiaj tak sobie myślę, no bo wiem, że – i to jest też to kolejne pytanie, które gdzieś chciałyśmy zgłębić, przynajmniej ja chciałam, a ty się na to zgodziłaś – bo na koniec zeszłego roku podjęłaś taką decyzję, pewnie decyzję podejmowałaś dużo wcześniej, ale podjęłaś decyzję o tym, żeby zająć się profesjonalnie tą działalnością pod szyldem, pod marką Odnawialnia, którą robisz. Bo w zeszłym roku wydałaś książkę z wydawnictwem na temat odnawiania mebli, więc to był duży krok. Prowadzisz ten blog, prowadzisz warsztaty. To ci narastało i w tym momencie postanowiłaś pasję przekuć w biznes. I zanim o tym porozmawiamy szerzej, to ja jeszcze wrócę do tych twoich wcześniejszych wspomnień. Pamiętasz, kiedy się pojawiła taka pierwsza myśl, że mogłabyś rzucić swoją bardzo stateczną pracę? Pracowałaś w wydawnictwie, jesteś z wykształcenia prawniczką, więc taką osobą twardo stąpającą po ziemi, można by powiedzieć. 

To był proces. Na pewno 8 lat temu zupełnie o tym nie myślałam. Bardziej traktowałam to jako hobby, jakąś formę twórczego wyżycia się, relaksu i na pewno przez myśl mi nie przyszło, że mogłabym robić to, co robię teraz. Te myśli o własnej działalności to pojawiły się jakieś 5 lat temu, żeby może właśnie rzucić etat i zająć się czymś własnym, ale też jeszcze nie myślałam o tym, że to będzie blog. Bardziej myślałam o tym, żeby znaleźć jakąś niszę, w której mogłabym wymyślić coś, jakiś produkt na przykład, i go produkować i sprzedawać. Bardziej właśnie myślałam o produkcji albo jakiejś takiej serii związanej z meblami, z przedmiotami do domu. Bardziej wokół tego krążyły moje myśli, nie wokół blogowania czy prowadzenia warsztatów. Taka myśl, żeby w ogóle się uwolnić od etatu, to się pojawiła, powiedzmy, 5 lat temu. 

Natomiast to, o czym wspomniałaś, to wydanie książki i to, co się zadziało około 2 lata temu, to mniej więcej to zmieniło mój sposób myślenia o tym, co chcę dalej robić i że właśnie jakby nie doceniałam trochę tego, co udało mi się stworzyć. Odnawialnia cały czas u mnie funkcjonowała w głowie jako coś czysto hobbystycznego, jako taki blog, gdzie realizuję swoje zainteresowania, ale nie, że to może być dla mnie źródło utrzymania. Owszem zdarzały się czasem jakieś współprace z markami, które owocowały jakimś tam zarobkiem, natomiast nie traktowałam tego, jako takiego dobrego źródła utrzymania. Wydawało mi się, że to jest zupełnie nieadekwatne do moich potrzeb. Praca etatowa dawała mi to bezpieczeństwo finansowe i nie sądziłam, że blog mógłby je dawać. I to była taka bariera, którą musiałam w sobie pokonać i na pewno takim przyczynkiem było wydanie książki, wzrost zainteresowania i blogiem, i tym, co robię, uruchomienie warsztatów. 

Wszystko tak się zbiegło w tym samym czasie i to jakby pokazało mi, że rzeczywiście ten blog może być źródłem utrzymania, jeżeli spojrzę na to szerzej. Bardziej myślę o nim nie jako o blogu – miejscu promocji marek. No bo wielu blogerów z tego się właśnie utrzymuje, że współpracuje z markami. Tylko bardziej jako miejsce promocji, rozwijania marki osobistej i tworzenia własnych produktów. Czyli takim moim produktem są warsztaty czy książka, czy mogą być innego rodzaju edukacyjne formy, czy także produkty w przyszłości fizyczne. Więc bardziej zaczęłam myśleć w tym kierunku i jakby doceniać bardziej to, co stworzyłam. 

Miałam też taki kryzys z blogowaniem, bo zanim się to wszystko zaczęło dziać 2 lata temu, to ja byłam nawet bliska podjęcia decyzji o zamknięciu bloga, bo wydawało mi się, że ja nie jestem w stanie pracować na etacie, dobrze prowadzić ten blog i zajmować się rodziną, domem. Kumulacja wielu obowiązków budziła dużą frustrację i myślałam sobie, nie, nie będę tego bloga prowadziła, bo ja nie mam czasu, nie mam czasu robić moich projektów. Były trzy miesiące, że ja nic tam nie wrzuciłam, bo nie miałam czasu, żeby zrobić coś nowego i to mnie frustrowało. Potem pojawiła się w sumie ta myśl z wydawnictwem i to pchnęło mnie na nowe tory. To był taki przełom, powiedziałabym, ta książka chyba największy.

A powiedz mi, bo ja obserwowałam gdzieś ten etap, kiedy pisałaś książkę, już czytając ciebie, wtedy jeszcze tak w social mediach nie siedziałam jako konsument.

No tak, pamiętam. Byłaś anty social mediowa.

Byłam.

Ale odnalazłaś swój kanał. Jest ich teraz sporo tych różnych social mediów, więc trzeba sobie wybrać coś, co najbardziej nam się podoba. We wszystkich nie można być.

Tak, ta przerwa, myślę, była potrzebna i była ważna, natomiast pamiętam, że też od czasu do czasu pisałaś o pisaniu książki właśnie w newsletterze, który ja czytałam i to też był taki proces dość wymagający chyba.

Tak, ale powiem ci, że bałam się wejść w ten projekt, ale nie dlatego, że sobie nie poradzę organizacyjnie, tylko bałam się, czy ja to udźwignę merytorycznie. Cały czas miałam takie wątpliwości: kim ja jestem? Przecież ja jestem, pracuję zupełnie gdzie indziej, robię coś innego, mam zupełnie inne wykształcenie. To, że ja tam się bawię w stare meble, to przecież jest jakieś tam hobby. No fajnie, że udało mi się zbudować wokół tego jakąś społeczność, że to się podoba, ale cały czas jest to tylko hobby i przecież ja nie jestem profesjonalistą, jak ja mam uczyć ludzi, jak odnawiać meble. Ale właśnie rozmowa – miałam bardzo fajną wydawczynię, tak to się chyba mówi, Anię – i ona też jakby uspokoiła mnie, i doceniła, i dała taki pozytywny feedback, że absolutnie nie mam się czym przyjmować, że książki blogerów właśnie mają się bardzo dobrze. Są autentyczne, że ludzie dzielą się tam swoimi doświadczeniami, że to wcale nie musi być literatura ekspercka w takim tradycyjnym rozumieniu, że pisze to pan profesor czy osoba, która wykłada na ASP, czy konserwator. 

No bo są też takie pozycje na rynku, one są bardzo hermetycznie napisane i to była jedna z przeszkód, dla których ja nie byłam w stanie przez nie przebrnąć. Ja wolałam sama się uczyć na swoich błędach czy korzystając z jakichś tam właśnie takich amatorskich filmików czy blogów, bo wtedy łatwiej było mi ten proces zrozumieć niż korzystać z książki o tapicerowaniu czy stolarce, czy w ogóle dla konserwatorów, gdzie była cała masa nieznanych mi terminów, środków chemicznych, których oni używają. To jest naprawdę wysoki poziom wiedzy, a też, no jakby umówmy się, nie jesteśmy w stanie od razu wejść na poziom ekspercki.

Miałem też wrażenie, że wiele osób się tym interesuje, a ma jeszcze mniejszą wiedzę niż ja, więc ja byłam takim, powiedzmy, pośrednim ogniwem, no i ta książka miała właśnie się wstrzelić w tę lukę literatury dla hobbystów, ale pisana też przez amatora, ale z jakimś tam większym doświadczeniem, który dzieli się swoimi trikami, swoimi jakimiś patentami czy odkryciami. Czyli mamy trochę taką wytyczoną ścieżkę na skróty, nikt nie musi już jakby przez to przechodzić, wyszukiwać, tak jak ja się uczyłam, tylko od razu ma podane na tacy kompleksowo pewne wskazówki, a równocześnie nie musi się odbijać od tej hermetycznej wiedzy. Poziom tej wiedzy, takiej konserwatorskiej nazwijmy, no to on się pojawia dużo później. Ja, powiedzmy, jestem dziś na takim poziomie, że przeglądam taką literaturę i sama się też wiele uczę i chciałbym dalej się rozwijać w tym kierunku i też widzę, jaka jeszcze jest przede mną długa ścieżka. Mimo że ja mam już jakiś tam etap za sobą.

No właśnie. Powiem ci, że tak jak opowiadasz o tej książce, ja jako czytelniczka powiem: tak, tak to właśnie działa. Bo pamiętam, jak szorowałam to swoje krzesło w pocie czoła, autentycznie, i w tym momencie pomyślałam sobie: „Jezus, jak dobrze, że ktoś przez to przebrnął”. Bo przyznam się szczerze, że do pierwszego krzesła podeszłam dość ignorancko. Miałam tę książkę, którą kupiłam, będąc jeszcze w Warszawie zaraz w sierpniu w zeszłym roku, kiedy ona ukazała się w Empiku. Na początku września, bo zamówiłam w sierpniu, a na początku września, jeszcze tuż przed wyjazdem, mogłam ją mieć. Natomiast kupiłam, no bo się lubiłyśmy, bo się znałyśmy, bo lubię książki. Jakby w ogóle nie myślałem, że jeszcze w to wejdę.

Ale powiem ci, że to krzesło – tak się dorwałam, tym papierem ściernym szoruję, szoruję i tak sobie myślę: „Może zobaczę, jak ona te krzesła robi”. I wtedy biorę tę książkę i patrzę: „Ojej, trzeba je jeszcze wyczyścić”. To ja tu wszorowuję, potrzebuję jakiś rozpuszczalnik, będzie mi coraz trudniej. Ale potem, jak już się wkręciłam i zaczęłam – w oparach rozpuszczalnika życie jest naprawdę… Podziwiam, ma to swój klimat😊 I potem jak zaczęło mi zależeć, bo się upociłam przy tym szorowaniu tego krzesła, przy tym myciu tym rozpuszczalnikiem, jeszcze mąż mnie nastraszył, póki nie będzie czystej ścierki, to może mi odpaść farba. A ja pomyślałam: „Nie, już teraz nie chcę tego, nie ma mowy, jak mi to ma odpaść, to ja w ogóle…”

To niech odpada!

Nie, właśnie już teraz muszę to zrobić. I tak sobie pomyślałam, że pierwsze warstwy farby, którą sprowadziłam z Polski – te farby, które polecasz – ponieważ nie chciałam się wgryzać właśnie, tłumaczyć jakie farby, takie, śmakie, owakie. Ja chcę tę butelkową zieleń i podoba mi się to, robimy. I powiem ci i maluję tą farbą i wtedy sobie myślę, że: „Jak dobrze, że jesteś, że się wgryzłaś w to”. Ja pamiętam tę historię z książki, gdzie pisałaś, że trzeba pomieszać farbę, bo ty pierwszą czerwoną rzecz, którą malowałaś…

Tak komoda właśnie. Nierozmieszana farba.

I że ty mi tłumaczysz i wytłumaczyłaś, że też rozpuszczalnik potrzebuję, bo ja to bym potarła to krzesło, pomalowała brudne i pewnie by mi odpadło czy coś takiego. I pomyślałam sobie wtedy, jak dobrze, że ktoś się w to wgryza, a jednocześnie ja – chociaż, wiesz, na przykład tematy marketingu, blogowania, rozwoju osobistego czytam, wgryzam się, kolejna książka, kolejna – w tym temacie nie, ja chcę mieć efekt. Ja chcę mieć efekt i potrzebuję, żeby ktoś mi bardzo klarownie wytłumaczył, co mam kupić, co mam zrobić krok po kroku i jaki efekt osiągnę. Nie chcę nic więcej na ten temat wiedzieć, nie chcę wiedzieć, że jest więcej możliwości, więcej rodzajów farb, ja chcę mieć prosto, bo ja chcę mieć ten efekt, chcę mieć po prostu czyste hobby. I to, co powiedziałaś, rzeczywiście ma sens, bo w życiu nie sięgnęłabym po literaturę fachową, bo też musiałabym się naczytać i krzesła w ogóle by się rozpadły w tym czasie już chyba.

No myślę, że to jest też duża bariera. Pamiętajmy, że w tej grupie osób zainteresowanych są ludzie z różnymi potrzebami i jesteś w tej grupie, w której są to twórcze osoby, które mają potrzebę zmiany, lubią nadawać, wprowadzać coś nowego, zmieniać – jakby mieścisz się w tej grupie tych wszystkich odkrywców, którzy – też masz chyba wysoko ten talent aviation z tego, co pamiętam?

Numer jeden.

O, u mnie także – witaj w klubie! To jest ta właśnie potrzeba zmiany. Z drugiej strony nie musisz akurat właśnie zdobywać tej wiedzy, tylko chcesz w najprostszy sposób osiągnąć rezultat. Ale jest też grupa ludzi, dla których to też jest pasja i oni tam też docierają i wnikają w te detale – no dobrze, a co zrobić, jak się tutaj nam coś odklei, a co zrobić, kiedy ja mam taki problem, a co ja mam zrobić, jak mam taki problem. Czyli oni zaczynają też tę wiedzę zdobywać i to są często ci, którzy trafiają na warsztaty. Przychodzą z jakimś tam swoim jednym meblem i wiadomo, oni go zrobią na tych warsztatach, ale równocześnie jakby mają oczy dookoła głowy, bo chcę też wiedzieć, jakie są inne problemy, bo oni też mogą się z nimi zetknąć przy samodzielnych próbach renowacji innych mebli i ta grupa to jest taki, powiedzmy, core tego mojego działania. Natomiast ja wiem i ty mi też swoimi pytaniami i swoim komentarzem otworzyłaś na to szerzej oczy, że właśnie jest też duża grupa po prostu ludzi, którzy chcą osiągnąć ten efekt i mieć jedną ścieżkę wytyczoną w jak najprostszy sposób. Że ja jakby im to rozpiszę, ale nie będę robiła jakichś pobocznych dygresji, aby przeprowadzić ten proces w miarę bezboleśnie, tak żeby nie popełniać po prostu błędów, które ich zniechęcą albo spowodują, że ostatecznie nie będą zadowoleni z tego efektu. 

Tak. No właśnie, ja chcę mieć mebel i dla mnie było to odkrywcze osobiście, ponieważ ja też blogując, czy podkastując, czy interesując się jakimiś rzeczami, w które wnikam, wnikam, wnikam. Niekoniecznie jestem zainteresowana finalnym efektem, tylko właśnie ten etap wnikania jest dla mnie ważny. Mimo że te efekty sama na sobie testuję, jestem z nich mniej lub bardziej zadowolona – różnie bywa, no co tu będę mówić. Natomiast tu akurat przy tych meblach mam bardzo jasny cel i to mi też tak pokazało, jakie fajne może być to hobby, bo mnie nie interesują rodzaje farb, rozpuszczalników, ja chcę po prostu coś stworzyć i mieć z tego fun. 

O tym jeszcze będziemy zaraz bardziej rozmawiać, natomiast ja bym chciała jeszcze trochę wrócić do tego wątku związanego z tą twoją działalnością i zmianą, ponieważ zgodziłaś się na ten temat porozmawiać, a jak mi o tym opowiadasz, to mam wrażenie, że mówimy być może też o takim przekonaniu, które część z nas może mieć, też część słuchaczek, czyli podział na taką bezpieczną, solidną pracę, robienie czegoś poważnego, że praca jest taka, nazwijmy to, poważna i w jakichś ramach, a świat kreatywny jest – no nie powiem, że niepoważny, chociaż być może tu przebijają moje przekonania – ale jest taki…

Niepoważny trochę. No tak. Wiem, co masz na myśli. Ja długo też tkwiłam w takim przekonaniu i właściwie to była taka główna bariera, żeby wyskoczyć z tego pudełka. Ja zawsze uważałam, że od samego początku pracowałam na etacie, byłam przyzwyczajona do stałego wynagrodzenia. Miałam akurat szczęście do pracodawców – pensje były zawsze płacone regularnie, dostawałam podwyżki, dostawałam premie, miałam w pewnym momencie samochód służbowy czy telefon – no korzystałam z wielu przywilejów bycia pracownikiem i to jest taki świat, nazwijmy go korporacyjny, od którego wiele osób się uzależnia, przyzwyczaja i to daje takie poczucie stabilizacji finansowej, też takie poczucie tożsamości, bo masz jakiś zawód, pracujesz w jakiejś branży. 

Ja się zawsze mieniłam wydawcą literatury fachowej, w tej branży siedziałam, całe życie pracowałam właśnie w wydawnictwach prawniczych. No i to mi dawało jakieś takie poczucie tożsamości, przynależności, natomiast właśnie te wątki hobbystyczne, to one były takim egzotycznym kwiatem, można powiedzieć. Jak ktoś słyszał, że się tym zajmuję, to zawsze było: „O jakie to fajne, super fajne masz hobby, oryginalne”, coś jak latanie śmigłowcem, takie coś niebanalnego wtedy. Natomiast rzeczywiście musiałam w sobie przełamać ten schemat myślowy i to był taki proces, który mnie przygotowywał do tej zmiany, gdzie ja zaczęłam bardziej też analizować siebie, patrzeć, co jest wynikiem przekonań wtłoczonych przez otoczenie, przez środowisko, przez wychowanie. 

Wróciłam myślami do czasów, kiedy wybierałam studia, dlaczego poszłam na prawo. Na pewno duży udział w tym miał mój tata, który miał takie niespełnione marzenie, że nie został prawnikiem, skończył – wtedy był taki kierunek prawo administracyjne, ale który nie dawał ci uprawnień do tego, żeby robić tę aplikację – on zawsze chciał być prokuratorem i próbował mnie trochę wtłoczyć w tę swoją wizję. No ja nigdy akurat nie miałam ciągot do bycia prokuratorem, na początku myślałam, że będę adwokatem albo radcą prawnym i zajmę się właśnie takim prawem, powiedzmy, gospodarczym. Natomiast w toku studiów jakby już wiedziałam, że od tego uciekałam instynktownie. Poszłam na praktyki na trzecim roku do takiej kancelarii w Szczecinie, gdzie pracowałam przez rok i ja dopiero zdałam sobie sprawę, jak nudna jest ta praca dla mnie, jak bardzo jest uzależniona od procedur, od pilnowania terminów, od szukania takich tak naprawdę błędów formalnych. Bardzo często jest to praca wykonywana w sądzie, no bo do prawnika trafiają już sprawy, które ocierają się o proces. Może gdybym była, powiedzmy tym właśnie prokuratorem, paradoksalnie to tam jest więcej takiego merytorycznego podejścia do tych spraw karnych, do szukania winy, do współpracy z organami ścigania, więc może to jest ciekawsze. 

Natomiast to prawo cywilne, w którym ja na początku siebie zdefiniowałam, stało się dla mnie strasznie nudne. Po tych praktykach stwierdziłam, że ja nie chcę pracować jako prawnik, że ta praca by mnie wykończyła. Wiedziałam już na studiach, że tego nie będę robić. Wtedy sobie właśnie wymyśliłam, że skoro kończę te studia, no i lubię książki, to może będę pracować w wydawnictwie. Taki prosty mechanizm. I rzeczywiście trafiłam po studiach do wydawnictwa. Pracowałam w sumie w trzech różnych wydawnictwach i nawet odnalazłam się w tej branży. Tak się cieszyłam, że udało mi się wywinąć z tych studiów w taki sposób, że znalazłam jakąś tam ścieżkę i pomysł, ale też na pewno nie miałam takiego myślenia szerokiego i bałam się jakichś poważnych zmian, żeby na przykład zacząć zupełnie inne studia, załóżmy z projektowania czy z architektury. 

Gdzieś tam dopiero stopniowo zaczęłam dojrzewać do różnych decyzji, do różnych zmian, analizując siebie. Można powiedzieć, że to takie przejście na własny biznes to była też trochę taka droga do dojrzałości. Na pewno takim wsparciem dla mnie była książka, o której nie wiem, czy tobie mówiłam, ale pisałam o niej – „Insight”.

Pisałaś. Zresztą tam też audycja jest wymieniona w tym artykule.

Też miałam wspomnieć, że to jest też jeden z tych wątków. Więc książka „Insight. Droga do mentalnej dojrzałości”, taki jest chyba podtytuł. Ja tę książkę przerobiłam sumiennie, bo autor Michał Pasterski bardzo tak to potraktował, że to są takie lekcje, zadania i ja te zadania przerobiłam i sobie założyłam taki czerwony zeszyt, gdzie przeleciałam całą tę książkę i rozpisałam jakby wszystkie różne aspekty swojego życia i naprawdę doszłam do wielu wniosków i przestałam się bać myśleć, że ja mogę tę zmianę wprowadzić, że dlaczego by nie. Myślę, że to przerobienie właśnie tej książki, słuchanie różnych ludzi, którzy rozmawiają o wewnętrznym rozwoju, właśnie między innymi waszego podkastu z Gosią, który prowadziłyście, „W związku z życiem”, do szukania odpowiedzi na takie trudne pytania, do grzebania tam wewnątrz doprowadziły do tego punktu, w którym ja jestem. Że bez tego odrobienia takiej pracy mentalnej nie zdecydowałabym się na ten krok. 

Czyli jednak schowałabyś to gdzieś w tę szufladę „hobby” po prostu?

Tak, to by było hobby, które bym może nawet porzuciła, zajęła się, załóżmy, szyciem, bo może wtedy bym była na to gotowa. Bo jeśli nie widzę tam też rozwoju w tym hobby, no bo ile można tych mebli zrobić do swojego domu, prawda, gdzieś tam w pewnym momencie się może zastopować i bym może zajęła się zupełnie czymś innym. Więc to był chyba taki przełom, że się zdecydowałam rzucić na tę głębszą wodę i dzięki temu zostałam w tym, w czym jestem, bo wciąż widzę jakby dalsze kierunki rozwoju.

Czyli nawet, tak jak mówisz, myślę, że to może być tak, że w pewnym momencie dochodzi się właśnie do takiego wyboru albo zaczynasz już bardziej tego używać, szkolić ludzi, tak jak ty na przykład w to idziesz na warsztatach, albo po prostu porzucasz to na rzecz zaczynania od zera, czyli wgłębiania się w coś zupełnie nowego.

Tak. Albo porzucasz to hobby na przykład na rok i potem wracasz do tego znowu. To gdzieś tam funkcjonowało na obrzeżach mojej pewnie rzeczywistości, bo może wtedy bym szukała innej pracy, bo jeszcze na tę całą zmianę nałożył się też wątek miejsca, w którym pracowałam, gdzie pracowałam przez 15 lat. Co też nie było niestety korzystne, mimo że miałam tam zmianę stanowiska pracy kilkakrotnie i ostatecznie zakończyłam z wydawnictwem współpracę na stanowisku kierowniczym, więc można powiedzieć, że był ten progres zawodowy, ten awans. Ale mimo wszystko praca wciąż z tymi samymi ludzi – bo tam było bardzo stabilne zatrudnienie – praca przy podobnych projektach, z tą samą tematyką właśnie wiedzy prawniczej dla nie- prawników. Bo ja się zajmowałam takim segmentem jak księgowi, kadrowi, behapowcy, ludzie od zamówień publicznych – to są ludzie, którzy nie mają kierunkowego wykształcenia prawniczego jak adwokaci czy radcowie prawni, tylko muszą stosować prawo w swojej praktyce zawodowej. Więc my jakby dla nich przygotowaliśmy trochę inne linie wydawnicze, inne produkty, takie powiedzmy bardziej przetworzone prawo, w bardziej zrozumiały sposób podawane, z przykładami, z konkretnymi rozwiązaniami. 

Ale już ja byłam po prostu zmęczona i tą tematyką, i kulturą organizacyjną firmę, która raczej była z tych takich konserwatywnych, stabilnych, solidnych firm, które raczej nie są nośnikami zmian, wprowadzania nowatorskich rozwiązań, tylko na spokojnie ta strategia jest realizowana w bardzo taki zrównoważony sposób rozwoju i to mi też zaczęło przeszkadzać, ta za mała dynamika rozwoju w mojej firmie. Już czułam, że jestem wypalona, że jestem sfrustrowana tą pracą, że nie widzę też postępu, że jakby stoję pod ścianą i jest to taka trochę złota klatka, w której jest mi dobrze, praca nie była ani stresująca, ani toksyczna, ani nikt mnie nie mobbował, nie prześladował, miałam stabilne zaplecze finansowe, a mimo wszystko czułam się po prostu jak w złotej klatce. Wiedziałam, że za 10 lat to ja chyba będę się rzucała od ściany do ściany i że muszę to przerwać. To też był jeden z tych czynników, który przyspieszył tę decyzję. Ona i tak długo była podejmowana.

Wiem, ale bardzo się cieszyłam, że też chciałaś o tym porozmawiać, bo myślę, że taki temat, czy podejmowanie takiej decyzji, jest szerszym tematem i myślę, że część osób się boryka czasami, jeszcze do tego dochodzą takie racjonalizujące argumenty, które wspierają ten strach pod tytułem: nie, no już w tym wieku, to nie wypada, szkoda. Ja też nie chcę cię tu, wiesz, pytać: A powiedz mi, ile masz lat? 

Ja mam 43 lata. Miałam taką myśl à propos wieku: „Boże, ja jestem po czterdziestce, to już za późno na takie zmiany, to trzeba było o tym myśleć 10 lat temu, a nie teraz”. Ale z drugiej strony miałam też taką myśl: „Dobrze, ale czas nadal płynie, jeżeli nic nie zmienisz, to za 10 lat będziesz miała 50 lat i nadal będziesz w tym samym punkcie i będzie jeszcze gorzej”. Więc trochę ten wiek mnie paradoksalnie zmotywował, bo stwierdziłam, że to jest taki przysłowiowy ostatni dzwonek, żeby jednak coś jeszcze zmienić, i że mam jeszcze wciąż dużo energii i siły i czuję się jakby młoda duchem. 

Obcowałam często z młodszym pokoleniem, mówię o tej blogosferze, bo powiedzmy ci twórcy są średnio młodsi ode mnie o 6, 10 lat, chociaż też są równolatkowie, ale jest ich mniej. Miałam takie poczucie, że nie, że się czuję jeszcze młodo, że ja mogę to wszystko jeszcze zrobić i ogarnąć i to jest ten ostatni moment. Więc trochę mnie ten wiek jakoś zmotywował, ale, no tak jak mówisz, wiele osób po czterdziestce zaczyna już czuć, że za późno na jakieś zmiany, że może to jakaś rewolucja w życiu. 

Ale właśnie widzisz, jak o tym opowiadasz, to to wbrew pozorom nie brzmi jak rewolucja tylko jak ewolucja.

Teraz, z tej perspektywy patrzę na to jak na ewolucję, chociaż wtedy wydawało mi się to może bardziej rewolucyjne, ale dzisiaj, będąc po drugiej stronie, wiem, że strach ma wielkie oczy i że wiele rzeczy tkwi w naszej głowie. To są nasze ograniczające schematy myślowe, z którymi po prostu musimy się zmierzyć i nie możemy się dać im przytłoczyć, pokonać je w sobie i szukać tych innych pozytywnych stron, które nam dodadzą odwagi, plus mieć też oczywiście wsparcie otoczenia. No bo to byłoby jeszcze trudniej, gdyby nie wsparcie mojego męża i na pewno ta decyzja była prostsza dzięki temu, że ja wiedziałam, że nie wyląduję pod przysłowiowym mostem bez pieniędzy, tylko jednak to zaplecze finansowe, stałość, płynność finansową zapewni nam mój mąż plus oczywiście jakieś tam oszczędności, które po czterdziestce na pewno są większe niż u młodej osoby, która dopiero zaczyna życie zawodowe. Więc tutaj miałam to wsparcie, taką poduszkę finansową – nie, że ja sobie ją sama tworzyłam, tylko która się sama wytworzyła przez te lata pracy i doświadczeń, które razem z moim mężem zbudowaliśmy.

A przy tej zmianie, powiedz mi, było coś jeszcze takiego kluczowego, ważnego dla ciebie, o czym chciałabyś porozmawiać czy się podzielić?

Na pewno nie ma co się rzucać na takie duże zmiany, nie mając jakiegoś wypracowanego przynajmniej roboczego scenariusza, co my właściwie chcemy robić i dużo czasu poświęcić na myślenie o tym, co chcemy robić, co nas kręci, w jakim kierunku pójdziemy, poznać te takie swoje preferencje zawodowe. Czyli ja tu już mówię o tym moim blogu i coś, co tam miałam wytworzone i wiedziałam, że ja mam taki solidny punkt startowy, który pozwoli mi ten produkt rozwijać dalej – produkt, mam na myśli markę Odnawialnia – natomiast jakby rzucanie etatu, bez jakiegoś takiego nakreślonego scenariusza i dopiero zaczynanie od zera, to myślę, że to jest nie za dobra decyzja, warto jednak podjąć ten wysiłek i równolegle przez jakiś czas, będąc na etacie, prowadzić, rozwijać jakieś swoje zainteresowanie, z którego chcemy uczynić pracę zawodową.

No i drugi wątek to jest taki, że my musimy naprawdę wiedzieć, że to, co było naszym hobby, stanie się teraz naszym źródłem zarabiania i dla niektórych osób zmiana hobby w pracę zarobkową powoduje, że przestają lubić to hobby. To jest pewne ryzyko, które się z tym wiąże, że czasami hobby może lepiej, żeby zostało w fazie hobby, bo jeżeli zaczniemy na tym zarabiać, to może się okazać, że my po prostu nie lubimy już tego hobby i to nas męczy, bo do tej pory mogliśmy sobie to porzucić, a teraz musimy się tym zajmować cały czas, no bo jesteśmy odpowiedzialnym przedsiębiorcą, który coś oferuje i w związku z tym są wobec niego określone wymagania.

No tak. Teraz ty musisz mieć te kreatywne pomysły na te nowe meble.

Tak, muszę iść na warsztaty, muszę, chociaż mi się nie chce, bo czasami są takie sytuacje. Mnie warsztaty trochę też jednak stresują przed, że ja jakby taki mam lęk, że przyjdzie jakaś grupa, może będzie jakiś problem, a może ktoś będzie niezadowolony albo nie będę umiała rozwiązać tego problemu. No miałam takie, powiedzmy, teraz coraz mniej jest takich lęków, przed każdym kolejnym warsztatem jest lepiej. Ale na początku to było takie dla mnie stresujące, że ja sobie może z czymś nie poradzę, że oczekiwania mogą być większe niż moje umiejętności czy możliwości pomocy i cały czas walczymy z sobą i wychodzimy poza tę słynną strefę komfortu, bo coś, co było hobby, działo się na moim podwórku, mogłam sobie zrobić, jak chcę, mogłam to ostatecznie wyrzucić, nie pokazywać tego nikomu i było fajnie. A teraz to ja się muszę mierzyć ciągle z tym, że jest ktoś po drugiej stronie, kto oczekuje rozwiązania. Więc warsztaty na pewno są taki wyzwaniem dużym, ale też chyba największym źródłem satysfakcji i najważniejszą gałęzią, którą chciałabym rozwijać.

A powiedz mi, znalazłaś dla siebie takie wyjście z tego tematu, nie wiem, masz na oku jakieś inne hobby? Wróciłaś do szycia?

Myślałam o tym ostatnio nawet. Ale ja nie mam czasu na to kompletnie, natomiast nie, szycie jest na razie akurat częścią renowacji, bo w tapicerce przydaje się umiejętność szycia, kroju i to jest to, co powinnam rozwijać w ramach swojej pracy i się w tym edukować i też to jest na mojej liście, żeby wejść w bardziej zaawansowane projekty tapicerskie.

Natomiast takim totalnym hobby, to powiem ci, że ja wracam powoli do czytania książek. Coś, co było kiedyś moim hobby numer jeden i jak tylko się nauczyłam czytać, połykałam książki, ja byłam stałym gościem biblioteki miejskiej, wypożyczałam co tydzień, co dwa po pięć, sześć książek, ja to wszystko czytałam. Czytałam całe życie, całe liceum, całe studia i na początku jeszcze mojej pracy zawodowej, ale jakieś 10 lat temu, jak zajęłam się tym blogowaniem i meblami, przestałam czytać, bo stwierdziłam, że ja straciłam życie na czytaniu książek. Czytałam jakąś klasykę literatury rosyjskiej, Tołstoja, Dostojewskiego, miałam też taką fazę, że ja leciałam takimi klasykami literatury, „Lalka”…

Rozumiem. Ja przez Dostojewskiego poszłam na studia.

Tak i to był taki mój… Potem myślę sobie: „Boże, przecież to jest jakieś takie życie w jakimś świecie oderwanym od rzeczywistości, ja żyję jakąś literaturą, jakimiś historiami, a ja nie mogę swojej historii dobrze ogarnąć”. Czułam, że moje życie jest jakieś takie puste w tym wszystkim, bo ja żyję historiami bohaterów, ich losami, a trochę zatraciłam taką umiejętność właśnie życia tu i teraz, a bardziej uciekałam w tę literaturę. Jakby się od tego oderwałam. Przestałam mieć ochotę na to czytanie kolejnej jakiejś tam historii, zaczęłam skupiać się bardziej na historii swojego życia, a nie na historiach innych, ale dzisiaj właśnie muszę powiedzieć, że zaczynam tęsknić za tymi książkami i co jakiś czas sięgam po jakąś literaturę. 

I też widzę, jak bardzo się oderwałam od tego, jak bardzo się rozwinął rynek pisarzy, ilu jest nowych pisarze, ile jest niesamowitych książek, które gdzieś tam ludzie opisują. Miałam kiedyś na „Lubimy czytać” swoje konto, gdzie pisałam recenzje tych książek, które czytałam i nawet czasem do nich wracam i tak czytam: „Wow, jaką ja fajną recenzję napisałam, może ja zacznę pisać recenzje książek teraz?” Gdzieś tam krążę znowu wokół literatury, więc może znowu do tego wrócę w ramach jakiejś takiej odskoczni, żeby teraz na to mieć czas przy tym w sumie wyczerpującym kreatywnym zajęciu, jakie prowadzę, bo to jest jednak chyba bardziej wymagające niż taka praca biurowa.

Jeszcze cię pociągnę z tym wątkiem literatury przy okazji, jakieś twoje odkrycia teraz, coś, co cię tak zdziwiło.

Z książek? Teraz czytałam książkę „Chrobot”. W ogóle też zaczęłam śledzić takie konta na Instagramie, gdzie ktoś pisze o książkach, zaczynam po prostu, bo też szukam jakiejś takiej ścieżki na skróty, że ja chciałabym dotrzeć konkretnie do fajnej książki, a nie jeszcze się odbijać od jakichś kryminałów skandynawskich, bo ja nie czytam w ogóle kryminałów, to jest coś, co rzadko mi się zdarza.

No, ja też nie lubię.

Nie przepadam, uważam, że to są pisane według tej samej konwencji książki i to jest nie dla mnie w każdym razie. Ale szukam jakichś książek ciekawych i obserwuję takie konto na Instagramie – ona teraz się wycofała z Instagrama, bo to też jest taka osoba, powiedzmy, myślę wysoko wrażliwa i stwierdziła, że Instagram ją za bardzo rozprasza, i że to jest taki pochłaniacz czasu. Jest też ten wątek ludzi, którzy nagle są przeciążeni, to, co ty kiedyś mówiłaś, tymi mediami i ona uciekła z tego Instagrama. Ona polecała też fajne książki. 

To jest książka pisana z perspektywy siedmiu bohaterów i to są mieszkańcy różnych państw na świecie i jest pokazany ich proces od dzieciństwa do wieku takiego średniego, jak oni w różnych warunkach dorastali, jak bardzo właśnie ukształtowało ich życie to, w jakim państwie się wychowywali, w jakiej byli rodzinie. I tam są bardzo skrajne państwa, bo mamy Stany Zjednoczone, mamy Finlandię, ale mamy też państwa afrykańskie, mamy Zimbabwe, mamy też Japonię. Więc mamy bardzo skrajne kultury – nie ma tam Polski – skrajne kultury bohaterów i jakby właśnie… Bo na przykład jest wątek relacji z rodzicami czy dorastania, czy miłości, czy wątek pierwszej pracy. Są właśnie pokazane takie zlepki doświadczeń tych bohaterów, takie jakieś istotne punkty w ich życiu. Na początku było trochę męczące, żeby w ogóle zapamiętać imiona tych bohaterów, no bo to są trudne imiona, i z jakiego kraju, który pochodzi, żeby nadążać, bo autor bardzo dynamicznie zmienia – to nie jest taka chronologiczna narracja tylko nagle przechodzi z jakimś tam wątkiem przez wszystkich bohaterów albo przez część tylko bohaterów i aby połapać się, o kim teraz jest mowa, ale jak już się ogarnęło, powiedzmy, kto jest kim, to bardzo fajnie się to czytało. To jest też taki obraz współczesnego świata w pigułce właśnie z takiego bardzo, bardzo dalekiego obrazka, ale też z takim nagle focusem na jakieś detale. Na mnie ta książka zrobiła duże wrażenie, bardzo mi się podobała.

Bardzo dużo różnych wątków ciekawych. A mamy jeszcze kilka pytań. Zrobimy tutaj trzy kropki i przełożymy kolejne pytania na kolejny odcinek, co ty na to?

Jak najbardziej. 

Myślę, że miałybyśmy potencjał na jakiś podkast.

Na odyseję kosmiczną.

Nasz aviation tutaj by się odnalazł.

Mamy chyba więcej wspólnych, bo ty też masz input?

Tak. Mam input.

Ja też mam. Też masz empatię?

Nie, nie mam empatii w piątce.

A indywidualizację?

Mam też. 

No to już trzeci. Ja mam jeszcze empatię i elastyczność, adaptability.

Nie, nie, ja tego nie mam.

Ty masz intelekt, pamiętam.

Ja mam niestety intelekt. 

Jak niestety? Jak mi nie wyszedł intelekt, to ja tak sobie myślę: co, ja nie mam intelektu?! 

Powiem ci, mam wrażenie, że ostatnio z tym moim intelektem jestem pokłócona, bo właśnie wolałabym mieć elastyczność, wolałabym mieć empatię. Wiem, jeszcze na sam koniec, zanim zrobimy te trzy kropki, bo jeszcze wspomniałaś też o tej wysokiej wrażliwości. Czy są jakieś aspekty, na które zwracasz uwagę jako osoba wysoko wrażliwa, zwłaszcza w kontekście prowadzenia własnej działalności i to takiej bardzo ocierającej się o tworzenie, o dużo zajęć i zadań? Bo każda osoba, która prowadzi choćby konto na Instagramie, wie, jak dużo to jest pracy i jak dużo to jest bodźców.

Ja tak się zastanawiam, czy ja jestem osobą wysoko wrażliwą, bo pamiętam, że kiedyś zamieściłyście taki test, czy jesteś osobą wysoko wrażliwą. No ja nawet jakby przyłożyłam się i zaczęłam odpowiadać na te pytania, jakie tam były i myślę, że jestem na granicy, że ja z jednej strony mam pewne aspekty osoby wysoko wrażliwej, na przykład nie cierpię hałasu, nie lubię tych takich dźwięków, mi to bardzo przeszkadza.

Ja na przykład nie słucham muzyki przy pracy, nie jestem w stanie. Jak słucham muzyki, to ja albo muszę być na koncercie, albo celowo włączam muzykę lub jest impreza, gdzie wiem, że muzyka jest nieodłącznym elementem. Mam niektóre takie aspekty, ale z drugiej strony myślę, że ja dosyć twardo stąpam po ziemi i jestem taką konkretną bardzo osobą, że skupiam się na jakichś tam zadaniach, celach i wiem, że moją słabością jest nadmierne rozproszenie na różne projekty. Mając tą świadomość staram się podwójnie dyscyplinować i robię sobie różne listy zadań, próbuję żyć z kartką w ręku, bo inaczej to ja bym oszalała i to mogłoby doprowadzić do tego, że ja nie ogarniam tych wszystkich projektów, bo to jest jakby taka główna przeszkoda. 

Ja nie wiem, czy to jest cecha osoby wysoko wrażliwej, ale nadmiar możliwości, nadmiar projektów, które chciałabym zrealizować, za dużo inspiracji zewnętrznej powoduje, że ja zaczynam źle się czuć, że jak jest tego za dużo, to ja siadam i nie wiem, co mam robić. A jeżeli ja sama sobie narzucam dyscyplinę, ograniczenia, mam rozpisane, co ja mam zrobić i widzę, że uciekam już w coś innego, to ja staram się wracać do tego, co mam na liście, to wtedy jest mi łatwiej. Bardzo pomaga mi takie wewnętrzne zdyscyplinowanie i w ogóle praca wczesnoranna, unikam pracy wieczornej, bo ja po prostu wieczorem źle funkcjonuję, już jestem zmęczona, dużo łatwiej wpadam w jakieś rozdrażnienia. Musiałam sobie wypracować pewne schematy, bo jak się samemu pracuje w domu i ogarnia ileś tam wątków bez takiego regularnego kontaktu z innymi współpracownikami, no to jest to też duże wyzwanie.

Tak, to jest duże wyzwanie.

Żeby nie zaginąć w gąszczu swoich myśli, jakichś dziwnych wyobrażeń czy nagle twierdzeń w stylu, ale to jest bez sensu, co ja robię, albo po co ja się właściwie tym zajmuję, albo: nie, tu ktoś zrobił z tego coś takiego wspaniałego, a ja jestem w takim polu. Takie porównywanie się z innymi, to też jest zła strategia, to trzeba w sobie wyłapywać od razu i jakby zdystansować się do tego, starać się znaleźć jakieś metody, żeby po prostu akceptować, że jest milion ludzi, milion pomysłów i nie jesteśmy w stanie zrealizować tych wspaniałych pomysłów, które inni gdzieś tam nam wrzucili.

Bardzo się w tym odnajduję, w tym, co mówisz i tak mi tu przychodzi Marie Forleo, ona ma taką piękną nazwę na to: multi-passionate. A powiem ci, że nawet w tym roku w desperacji, bo wiesz mam słabość do kursów online, zapisałam się na B-School, bo pomyślałem, że ona tak jednak mówi do mnie, i ona tam w tym B-School jednak tych wielo rozgałęzionych przedsiębiorców sprowadza do ziemi i mówi, no skup się na jednym, inaczej będzie ciężko. 

Tak. Polecałaś mi ten podkast. Ja zaczęłam go słuchać, ale jeszcze nie zdążyłam całego, natomiast też czytałam taką książkę „Tylko jedna rzecz”. Nie pamiętam autora. 

Chyba Cal Newport, bo on mnie ostatnio prześladuje, wiesz.

Taka minimalistyczna okładka. Masz po prostu jak młotkowe, masz jeden projekt, to prowadź ten projekt od A do Z i to jest takie dla mnie wyzwanie, żeby próbować to wdrożyć. To na pewno pomaga, więc ja próbuję zawężać listę spraw i cały czas wracać na ten kurs, bo to jest jak taka łódka, płyniesz po wielkim oceanie możliwości i raz w lewo cię poniesie, raz w prawo, a ty masz ten kurs i gdzieś tam trzymasz się tego celu, który jest na końcu. Takim projektem była książka, że ja miałam ten cel, wiedziałam, że ja muszę się zmieścić w tym czasie z tym celem i to było fajne. Tylko ten termin narzucił mi wydawca i to na pewno było bardzo dyscyplinujące.

Ale miałaś jakąś wiedzę z punktu widzenia też bycia wydawcą.

Tak, no ale to chyba trochę się role odwracają w pewnym momencie. To tak, jak psychologowie niekoniecznie muszą być najlepszymi rodzicami na świecie, tak samo wydawca niekoniecznie musi być super dobrym autorem. Jesteś w innej roli. Oczywiście wiem, jak wygląda proces wydawniczy i wiedziałam, na co będą zwracali uwagę, ale oni i tak trochę inaczej do tego podeszli. To też było ciekawe doświadczenie – praca z innym wydawnictwem dla mnie. To o co pytałaś?

Pytałam o tą wysoką wrażliwość i gdzieś tam sobie wyciągam wnioski. Dla mnie też to pojęcie wysokiej wrażliwości, nadwydajności mentalnej, tego rozgałęzionego myślenia, czy system na przykład talentów Gallupa, który też pokazuje to, co mówisz, ty masz empatię, ja mam na przykład intelekt. Uważam, że to są gdzieś talenty, które mocno można odczytać w tym teście na wysoką wrażliwość. One gdzieś tam się właśnie uaktywniają, czy to, co mówisz nawet, że jak jest czegoś za dużo, jak jest za wiele bodźców, to po prostu w pewnym momencie system się przegrzewa i to już nie jest tak, że możesz się wycofać, tylko potrzebujesz tej chwili na ochłonięcie…

Na regenerację.

Bo nie jesteś w stanie działać. Ale, tak jak mówiłam, to dla mnie jest klarowne, że mocna samoświadomość, samodyscyplina i jednak stawianie na te mocne strony jakoś tak wybrzmiewa mi mocno w tej rozmowie, że nie wchodzisz głębiej w rejony, przynajmniej starasz się nie wchodzić gołębiej w rejony, które wiesz z góry, że są ślepymi zaułkami.

Tak. Staram się jakby tą świadomość w sobie budzić odpowiednio wcześnie, żeby tam po prostu nie iść, bo będzie tylko gorzej. Mimo że to są bardzo kuszące rejony i chciałabym nimi podążać, ale po prostu wiem, że muszę sobie odpuścić.

Super! No to Gosia, robimy trzy kropki. My się widzimy, a słyszymy się też ze słuchaczkami, w kolejnym odcinku, w którym poruszymy już wątki stricte związane z odnawianiem mebli, z tym kreatywnym hobby, chciałabym to trochę poeksplorować. Jestem podekscytowana, jako osoba wchodząca w ten świat, ale też chciałabym poruszyć z tobą wątek zero-waste, bo gdzieś tam, nie wiem, gdzie on nas zaprowadzi, bo mamy jedno pytanie, ale myślę, że to jest też bardzo związane z tym, co robisz i to, w co teraz wiele osób być może bardziej czy mniej świadomie wchodzi. Tak że bardzo ci dziękuję za tą część rozmowy, za dzisiejszą rozmowę i słyszymy się w kolejnej.

Ja również bardzo dziękuję.

 

Dziękuję Ci bardzo serdecznie za wysłuchanie dzisiejszej rozmowy. Cieszę się, że byłaś z nami do końca, jak słyszałaś już za trzy tygodnie spotkamy się w kolejnej wspólnej rozmowie. :) 

Jeśli bywasz na Instagramie to serdecznie zapraszam Cię na konto audycji TUTAJ Jestem tam na bieżąco, także możesz pisać do mnie, oznaczać audycję, zawsze bardzo się cieszę, gdy wchodzimy w interakcję. Na stronie wzwiazkuzzyciem.pl/odcinek75 znajdziesz tak jak wspomniałam na początku wszystkie odnośniki i linki oraz link do zapisu na newsletter ZAPISZ SIĘ TU. Jeśli lubisz otrzymywać newslettery, zachęcam Cię z całego serca do zapisania się. Wysyłam listy aby poinformować o nowych odcinkach oraz innych ważnych tematach. Aktualnie piszę bezpłatny ebook, także jako zapisana osoba otrzymasz go w pierwszej kolejności. 

Oczywiście zachęcam Cię do zasubskrybowania audycji tam, gdzie jej słuchasz. To kolejny sposób, aby być na bieżąco z nowymi odcinkami. I może to wszystko brzmieć jako takie sztywne formułki, wszyscy twórcy to powtarzają, ale uwierz mi, że to jest moja autentyczna i bardzo ludzka prośba, I będę Ci naprawdę niezmiernie wdzięczna jeśli dodasz też like, serduszko, krótką recenzję – cokolwiek jest możliwe tam gdzie słuchasz audcyji lub podzielisz się odcinkiem z jedną osobą, którą znasz.  To jest dla audycji takie wirtualne paliwo, ponieważ algorytmy polecają wtedy chętniej audycję nowym osobom i tak rośniemy też jako społeczność słuchaczek. 

A ja cały czas myślę, w jaki sposób tę fajną naszą wspólną energię wykorzystać jeszcze poza podcastowo.  

Jeśli masz ochotę się ze mną skontaktować to pisz śmiało poprzez Instagram lub mailowo na adres wzwiazkuzzyciem małpa gmail.com 

Ja życzę Ci dobrego dnia. Do usłyszenia w kolejnym odcinku. 

Spodobało Ci się? Podziel się! Zajmie Ci to parę sekund... :*

Zostaw Komentarz

Nowe odcinki audycji pojawiają się co trzy tygodnie.

Chcesz otrzymać powiadomienie? 

ZAPISZ SIĘ NA LISTĘ

obserwuj na Instagramie

polub na Facebooku